OPERA I OPERETKA
___________________________________________________________________________

Ostatni “Trubadur”, czyli metafizyka z offu

Najpiękniejszy sposób postrzegania spektaklu operowego (i spektaklu w ogóle) to widzenie go oczyma dziecka. Kiedy kurtyna się unosi, dziecko otwiera buzię ze zdumienia i od tego momentu aż do samego końca jest zachwycone i poruszone. Doznaje tych emocji, które pojawiają się, gdy widzi się coś pierwszy raz. Dziś w Teatrze Wielkim udało mi się dokonać rzeczy niemal niemożliwej. Zachwyciłam się w ten właśnie sposób oglądając “Trubadura” po raz ostatni.

Od pierwszej chwili, aż do samego końca byłam świadkiem nie tylko klasycznego, “zwykłego” spektaklu operowego, ale też wyzbycia się na chwilkę postrzegania “teatrologicznego” we mnie samej. Znowu stałam się małą dziewczynką zabraną pierwszy raz przez rodziców do opery.

Pierwszy raz buzię otworzyłam na widok wspaniałych, okazałych, ceglanych baszt i kamiennych schodów stanowiących na następne dwie godziny przestrzeń niezwykle skomplikowanej historii, w której nic nie przypomina tego banalnego Verdiego znanego widzom całego świata z “Traviaty”, “Stiffelia” i “Aidy”. Tym razem na scenie wybuchają konflikty między nieświadomymi pokrewieństwa braćmi, kaleka cyganka przez pomyłkę wrzuca do ognia swoje dziecko, a perypetie emocjonalnych kochanków nie kończą się happy endem.

To niezwykłe libretto rozkwita wprost na deskach TW. Przede wszystkim za sprawą wspaniałych solistów (B. Kubiak w roli Leonory i M. Szymańskiego jako Manrico), którzy śpiewają tak zachwycająco (zwłaszcza w duecie), że ich niebiańskie głosy zupełnie przyćmiewają nieadekwatną dla ich postaci powierzchowność. Trzeba też wspomnieć o brudnym, głębokim i bezwstydnie wspaniałym głosie Jolanty Podlewskiej (Azucena), która jako jedyna zachwyciła mnie też aktorsko.

Kolejne otwarcie ust nastąpiło przy nagłym, nieoczekiwanym wybuchu metafizyki, którym były śpiewy zza kulis. Dreszcze wywołały u mnie zwłaszcza słodkie głosy zakonnic. Dźwięki rozchodziły się w tym momencie łagodnymi i jasnymi falami, a niewidoczność ich nadawczyń sprawiła, że miękkie frazy zdawały się płynąć z innego wymiaru. Takie “wychodzenie poza przestrzeń sceny” automatycznie podniosło autentyczność całej akcji i zbudowało swego rodzaju głębię niedopowiedzeń i tajemniczości. Czysta “metafizyka z offu”.

Więc chociaż ten spektakl to wszystkim dobrze znany czysty kicz i chociaż baszty okazały się zbudowane nie z cegieł a z dykty, to mi się podobało. Ostatnie wystawienie “Trubadura” w TW malując baśniowy, ezoteryczny świat obudziło we mnie dziecko. Kilkuletnią dziewczynkę wierzącą w szereg zabójstw dziejących się na scenie i słuchającą ze łzami w oczach hrabiego Luny śpiewającego: “słońce jej spojrzenia uspokaja nawałnicę mojej duszy”…

      

Kornelia Rydian
Dziennik Teatralny Poznań
20 grudnia 2008

          

  
INDEX ROZMOWY WYDARZENIA RECENZJE FESTIWALE PORTRETY TEATRY
    

Stowarzyszenie Teatralne "Tespis"

rk