Felieton teatralny
_____________________________________________________________________________________________
Kocham teatr
"Pruderia" to nie jest nazwa mydła ani agencji towarzyskiej, ale klubu w dawnych fortach przy Racławickiej. Kiedyś w dwóch ciasnych salkach przechowywano sorty mundurowe, dzisiaj przechowuje się sztukę. Zaczęło się od spektaklu Igora Gorzkowskiego "Absolutny off show" o ludziach, którzy próbują stworzyć z niczego klub artystyczny. Sztuka okazała się prorocza, dzisiaj "Pruderia" staje się alternatywną sceną dla młodych artystów
|
Należy do nich Małgorzata Bogajewska, która zrealizowała w mokotowskim forcie dramat Jewgienija Griszkowca "Jednocześnie". Każdy kto choć raz widział w akcji tego rosyjskiego performera i dramaturga w jednej osobie, doceni karkołomny zamiar reżyserki. Mnie samemu wydawało się, że historie Griszkowca są tak z nim zrośnięte jak skóra i nikt nie może ich włożyć na siebie. Myliłem się: istnieje ktoś taki. Paweł Pabisiak, aktor związany kiedyś z Teatrem Nowym w Łodzi, pokazuje w spektaklu Bogajewskiej, że monologi Griszkowca można zagrać w równie osobisty sposób, jak robi to sam autor, jednocześnie go nie naśladując. O czym jest ta historia? Dla fizyka będzie to opowieść o nieskończoności wszechświata, w którym jednocześnie rozgrywają się miliardy zdarzeń. Teolog odczyta w niej dualizm duszy i ciała tworzących jednocześnie pojedynczą osobę. Teatrolog - odkryje ilustrację podwójnej tożsamości aktora, który jednocześnie jest i nie jest graną przez siebie postacią. A bywalec klubów zobaczy faceta rozebranego do bielizny, który na planszach anatomicznych pokazuje |
własny system trawienny, a jednocześnie opowiada o podróży do Gruzji. I co najciekawsze, wszyscy wyjdą z wieczoru zachwyceni. Griszkowiec ma bowiem dar sprowadzania fundamentalnych zagadnień do codziennego doświadczenia - wspomnienia z podróży koleją, opisu sylwestrowej nocy, zasłyszanej gruzińskiej melodii. A Paweł Pabisiak posiada inny dar: tekst rosyjskiego autora mówi tak naturalnie, jakby sam jeździł rosyjskimi kolejami, pił "Sowieckoje Igristoje" i podróżował w marzeniach do Gruzji. Nie udaje przy tym kogoś innego, przez cały czas jest Pawłem Pabisiakiem, który przyszedł opowiedzieć nam historię pana Griszkowca. Wszystko jest tu zwyczajne: rolę reflektorów pełnią stołowe lampy, a scenę oznaczają trzy białe linie na betonowej podłodze. Jedyna dekoracja to wycięty z tektury samolocik. Widzowie zamiast na fotelach, siedzą na pufach i kanapach. I nie wiem dlaczego, ale ten skromny spektakl działa na mnie nieporównanie mocniej niż wielkie widowiska, które odbywają się w tym samym czasie w innych stołecznych teatrach. W tym samym czasie, czyli jednocześnie. Roman Pawłowski |