 Fot. Tomasz Gaś / AG

DARIUSZ KULESZA / AGENCJA GAZETA
W
tej liczbie znalazły się propozycje grup poprawnie szkolnych (np. Teatr Otwarty
"Grupa Robocza" z "Weselem" Stanisława Wyspiańskiego czy Teatr
Tfu-rcy ze "Ślubami panieńskimi" Aleksandra Fredry) z kontestatorami (np.
Teatr Cenzura z "Szafografią. Fantazmo"), spektakle teatrów ruchu (np.
"Wrzeciono" Theatrum Desiderium czy "Bez końca" Teatru Dłoni) i
słowa ("Prawa moje, prawa wasze" Teatru Renifer). Dwa najciekawsze
przedstawienia XVI ŁóPTA przyjechały spoza Łodzi.
Pracownia Teatrick z Tomaszowa Mazowieckiego przywiozła rzecz pod
niekomercyjnym tytułem "Nuda". Cztery dziewczyny na czterech krzesełkach przez
pół godziny próżnego czekania na "tamtych" świadczyły o prowincji ze
swojej perspektywy.
-W mieście można gdzieś wejść - rzucały znad gazet albo
piłowanych paznokci.
- Gdzie?
- Gdziekolwiek.
Tekst bystro złożony ze słów pozbawionych sensu dla
niewtajemniczonych (oni-wtedy-tam-tamto) odwzorowywał stosunek bohaterek do okolicy:
- Wiocha.
Ale był również pełen dystansu do małomiasteczkowych obyczajów: |
|
- Słodkie wino nie jest do jedzenia!
- A do czego?
- Do picia.
Za mundurem panny sznurem
Wydarzeniem był spektakl "Tra-ta-ta" Teatru Realistycznego
ze Skierniewic. Zapowiadała je już manipulacja odbiorem: wchodzący widzowie
przyoblekani byli w rzeźnicze fartuchy z folii. Doświadczenie teatralne podpowiadało,
że na wyklejonej folią arenie, nad którą powieszono cztery wypełnione płynem wory,
nastąpi arcyagresywny przekaz. Okrągła scena okolona trzema skrzydłami widowni
przypomina symbol radioaktywności. Pada pierwsza kwestia:
- O kurwa, czołg!
W snopie światła grupa pięciu dziewcząt zachwyca się urokiem
militariów: piorunuje kontrast ich dziewczęcości z unifikującymi mundurkami. Z ich
podziwu rodzi się podarek dla chłopaka - paczka z maską do sadomasochistycznych gier.
Goły nakłada ją i staje się psem-pupilkiem dwóch lateksowych dozorczyń. Z wprawą
odstrzeliwują one krążących dookoła więźniów. Arena zmienia się w ruletkę, po
której jak kulka krąży na czworakach chłopak-pies. Rosnące natężenie muzyki
zagłusza huk wystrzałów.
Za pomocą filmowego montażu - krótkich ściemnień tnących sceny -
równolegle prowadzony jest drugi wątek. Reżyser-demiurg w sztafażu Quentina Tarantino
wycina z filmowej taśmy daty historii: 1863, 1939... Chłopak-pies dostaje drugą
paczkę: kilogramy zwierzęcych flaków, które zaczyna rwać zębami. Dziewczęta
machając polskimi i unijnymi chorągiewkami, nucąc niewyraźnie: "Jeszcze Polska
nie zginęła", tną rzeźnickimi nożami wiszące worki. Leje się jucha. Broczące
krwią aktorki wpadają w histerię.
To tylko (?) teatr
Na pobojowisko wraca reżyser i cyfrowym aparacikiem fotograficznym
cyka fotki, modelując martwe ciała. W końcu komentuje efekt rzeźni przy pomocy
tytułu: "Tra-ta-ta". W tej samej chwili pada - postrzelony w tył głowy. W
skulonego kundla uderza trzecia paczka. Zawartości już nie widzimy. Zapada ciemność.
Kiedy wraca światło, na pustej arenie znajduje się tylko stygnąca krew.
Przedstawienie Robka Paluchosky'ego nie tylko demonstruje, że teatr
może być miejscem namysłu nad wysyłaniem wojska do Iraku. "Tra-ta-ta" uderza
w samo sedno cywilizacji estetyzującej przemoc, stawiając widzów w sytuacji
czytelników magazynów z urwanymi głowami na okładkach.
Wystawia nas na obrazy skrajnej przemocy, które ciągłym
przypominaniem sobie "to tylko teatr" musimy obracać - wbrew sobie - w
komunikat estetyczny.
Jury, jednomyślnie doceniając profesjonalizm propozycji, zaprosiło
twórców do udziału w Łódzkich Spotkaniach Teatralnych, które odbędą się od 4 do 7
grudnia.
Leszek Karczewski
Gazeta Wyborcza Łódź
23 października 2003 |