POLONICA I ZAGRANICA
___________________________________________________________________________
Obraz ze szczegółów
Spektakl „Opera za trzy grosze” Roberta Wilsona przygotowany w Berliner Ensemble, teatrze założonym przez Brechta, nie bezprawnie opisany jest na plakacie: „Die Dreigroschen Oper”. Brecht/ Weill/ Wilson/. Reynaud. Wszystkie środki inscenizacyjne są bowiem na scenie tyle samo widoczne, co niewidoczne, przeźroczyste i jednocześnie zatrzymujące uwagę – integralne z tekstem sztuki. Nie ma miejsc wątpliwych, jest to teatr, w którym bez ryzyka można smakować każdy detal. W mistrzowskich, szlagierowych wykonaniach songów (śpiewanych do melodii granych na żywo przez Das Dreigroschen Orchester) aktorzy popisowo zmieniają tony z dramatycznych na komiczne. Słychać drapieżność, rozbawienie, ironię, nostalgię, gorycz, zdystansowanie się wobec tekstu. Interpretacja piosenek jest niewymuszona, lekka i udramatyzowana. Zindywidualizowane są środki wyrazu: ktoś ma czkawkę albo zabawnie sepleni. Wykonawcy znakomicie posługują się dopracowanymi gestami i mimiką umalowanych twarzy, wywołując śmiech oraz oklaski na widowni. Dramat został wystawiony wiernie, z niewielkimi skrótami (we Wrocławiu dodatkowo wyświetlane było tłumaczenie Romana Kołakowskiego). Wilson pobawił się natomiast wykończeniami – gestów, kostiumów. W ten sposób świat Brechtowskich złoczyców, dziwek, żebraków i skorumpowanej policji zaludnił postaciami-kolażami. Powtarzają one znane chaplinowskie gesty (jak Mackie Majcher po wydostaniu się z celi) czy miny i dźwięki charakterystyczne dla bohaterów anime (Polly). Szef policji, Brown, straszy wyglądem Nosferatu z arcydzieła Murnaua. Świat sceniczny ma tak silne ramy uspójniające, że Mackie Majcher – w blond peruce i kobiecym makijażu – może przywoływać na usta uśmiech amantów z filmów międzywojennych, by za chwilę przypominać bardziej jedną z aktorek tego okresu, które – krótko obcięte, w męskich garniturach – stylizowały się na chłopczyce. Może w jednej chwili zamienić połyskującą marynarkę na siatkowy gorset i – podobnie jak obecna wśród prostytutek drag queen – nie wypadnie poza granice Operowego świata. Obraz jest dzięki temu bardzo dynamiczny – właściwie wszystkie aluzje trwają chwilę – jak migawka. Wilson cytuje także konwencje filmowania, oświetlania lub aranżowania scen charakterystycznego dla różnych gatunków filmowych czy teatralnych. Odbijające się na czarnym tle koścista twarz i dłonie „Tygrysa” Browna są jak przebitka z kina ekspresjonistycznego, w którego estetyce dominują ostre światłocienie (dokładność jest fotograficzna: szef policji ma tak samo ułożoną sylwetkę jak Max Schreck), a podczas nocy poślubnej Polly i Mackie śpiewają song o miłości na tle ciemnoszafirowego nieba, na którym księżyc znad Socho rzeczywiście świeci i – jak świetliki – tańczą drobne gwiazdki, co nieodparcie kojarzy się z estetyką broadwayowską czy z filmami hollywoodzkimi. Ale spektakl jest także kontemplacyjny, dlatego że Wilson precyzyjnie gra tymi drobiazgami, buduje nimi napięcia, określa wzajemne relacje bohaterów, ich moralną kondycję. Czasem – może nawet bardziej niż w ogólnym wizerunku – coś przebija się, dochodzi do głosu w szczegółach kostiumu: w jego kroju (stanik Jenny Piratki wymodelowany jest tak, że jej pierś wydaje się i naprężona, i zużyta; jej czarna suknia lekko deformuje sylwetkę, nie tyle opływa i uwypukla kobiece kształty, co raczej demonstruje ciało kanciaste – takie, które wiele przeżyło) albo w doborze materiału (stroje Peachumów uszyte z czarnego aksamitu otulają ich korpulentne sylwetki jak futro kreta). Mistrzowsko dobrane zostały także peruki: wyblakłe, czerwone, rzadkie włosy Jenny, elegancko upięty ciemny kok Pani Peachum. Wyłaniający się eklektyzm jest więc pozorny, można raczej mówić o płynności stylizacji, która jednak postaci – silnie zarysowanych – nie dekonstruuje. Wilson nawiązując do ikon dwudziestowiecznej kultury, pokazał raczej barwne środowisko artystowskie niż mieszczańskie. Jenny kojarzy się bardziej ze zniszczoną diwą niż z prostytutką, jej koleżanki bardziej przypominają tancerki z kabaretu niż portowe dziwki. Czyżby reżyser zauważał podobną lekkość życia albo kompletne nim wyczerpanie? Czy jest to w ogóle spektakl o stosunkach ekonomicznych? Gdy Peachum zdziera z Filcha ubranie, słychać, jakby go obdzierał ze skóry, a gdy wrzuca do kieszeni pieniądze, towarzyszy temu dźwięk przesypujących się monet, jakby w jakimś kasynie rozbił bank jednorękiego bandyty. Pieniądz dyktuje więc warunki w każdym środowisku. Przy pomocy intertekstualizacji reżyser uzyskuje swoisty dystans.
Stwarza na scenie cudowną, nasyconą efektami świetlno- plastycznymi iluzję, a
jednocześnie celowo z niej wybija. Innymi z zastosowanych po temu środków są m.in.
Brechtowsko- Wilsonowska gra twarzą do publiczności czy wyciągnięcie z lamusa kurtyny
– także zgodnie ze wskazówkami dramaturga. Tyle że raz używana jest ona tradycyjnie,
miękko upięta w fałdy, innym razem „filmowo”, gdy na przykład technicy Już w pierwszej scenie przed zasłoniętą czarną kotarą przesuwają się punktowo oświetlone postaci. Jedne zwrócone są twarzą do widowni, inne widać tylko z profilu. Stojący tyłem Macheatch (Stefan Kurt) śpiewając, podpiera się laską, wypychając biodro, i jakby dyryguje zapalającymi się na kurtynie i wirującymi świetlistymi okręgami, które obracają się coraz szybciej, jak w rewii czy w kabarecie. Na chwilę zatrzymuje się obok niego kobieta w czarnej sukni, z szalem z fioletowego futra przerzuconym przez ramię. Jenny (Angela Winkler) – w kontraście do karnawałowej postawy Majchra – jest uosobieniem tragizmu życia, ludzkiej nędzy i smutku. Aktorzy wystawiają sztukę Brechta, niejako pod ochroną świateł, kolorów i intensywnego makijażu – jednak sami tragicznie się obnażają, jakby niechcący wystawiali na widok publiczny swój światek. I dlatego, kiedy na koniec krwistoczerwona aksamitna kurtyna bierze znieruchomiały w głębi sceny szubieniczny obrazek w umowne ramy – jak bohaterów marionetkowego teatrzyku – nie jest to tylko efektowny, cieszący oczy gest. |
Katarzyna Tokarska-Stangret |
|