Po tygodniu teatralnych wrażeń i zmagań
kończy się dziś w Katowicach VII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej. Nareszcie
przemówią jurorzy, milczący w czasie konkursu zawsze, ale w tym roku wręcz popisowo.
Przemówią
bynajmniej nie w przenośni, lecz osobiście i być może kwieciście, w każdym razie
regulamin Interpretacji daje im taką możliwość. Stanowi on, że każdy z sędziów
musi publicznie wskazać swojego kandydata do nagrody głównej - Lauru Konrada -
uzasadnić ten wybór, a na okrasę wręczyć woreczek, w którym znajduje się czek na 10
tys. zł.
Kto z dziesięciorga młodych reżyserów zgromadzi najwięcej nominacji, ten wygra
Interpretacje. Regulamin dopuszcza jednak nierozstrzygnięcie konkursu (remis), co już
się zdarzyło - Lauru Konrada nie przyznano w 2000 roku. Swoje nagrody przyzna także
publiczność i akredytowani przy festiwalu dziennikarze.
Legnicki Teatr im. H. Modrzejewskiej od kilku lat pracuje z dobrym skutkiem nad
zniesieniem scenicznej rampy. Dosłownie, szukając nietypowych miejsc prezentacji i
repertuarowo, tworząc widowiska wpisane w historię miasta i jego współczesny pejzaż
społeczny. Warto to wiedzieć przed obejrzeniem autorskiego (tekst i reżyseria)
przedstawienia Przemysława Wojcieszka pt. "Made in Poland", które grane jest w
nieczynnej hurtowni na jednym z legnickich osiedli. Warto, bo "Made in Poland" to
obraz życia blokowiska w pigułce i realizacja z blokowiska czerpiąca soki. Jak mówią
aktorzy, za każdym razem przychodzi nań młodzież podobna do bohatera spektaklu; nie
tylko fizycznie...
Ale postać Bogusia-rewolucjonisty, w autorskiej konstrukcji i konsekwentnej interpretacji
aktorskiej Eryka Lubosa, zaskakuje. Przy pierwszym spotkaniu widz identyfikuje go szybko:
"groźny osiedlowy bandzior". Po pierwszym dialogu dopełnia charakterystyki: "wulgarny,
agresywny cham".
Tymczasem tekst sztuki (będący adaptacją niezrealizowanego scenariusza filmowego)
nieoczekiwanie zmienia kierunek akcji i miesza szyki naszych schematycznych oczekiwań.
Boguś, owszem, demoluje samochody, przeklina i wpada w konflikt z gangsterami, ale głównie
dlatego, że nie ma pomysłu na życie. Ani możliwości odreagowania frustracji w
środowisku bezrobocia, beznadziei i brutalności, pozbawionym jakichkolwiek autorytetów.
Poetyka spektaklu ewoluuje: od naturalizmu do baśniowego finału, w aurze wymarzonego
przez bohaterów szczęścia. W klimacie miłości, zaufania i z piosenką Krzysztofa
Krawczyka w tle. Owo ociosywanie z dosłowności dzieje się bez fukania widzów,
Wojcieszek prowadzi bowiem akcję i bohaterów na leciutkim dystansie do rzeczywistości.
Dzięki temu tłumaczą się niekonsekwencje, intrygi i nie zawsze równe tempo spektaklu,
pozostajemy bowiem jakby na pograniczu smutnej jawy i pogodnego snu. Denerwują natomiast,
bez usprawiedliwienia, nachalnie dydaktyczne fragmenty tekstu, nieprzystające do
charakteru opowieści i tak patetycznie propagandowe, że aż fałszywe.
W katowickiej prezentacji "Made in Poland", w Galerii "Szyb Wilson", legniccy
aktorzy musieli pokonać opór nowej przestrzeni i warunków akustycznych. Jeśli nawet
zubożyło to spektakl technicznie, na pewno nie odebrało mu temperatury emocjonalnej.
Dziś w programie
# Teatr Śląski - spektakl mistrzowski godz. 19 - "Narty Ojca Świętego" Jerzego
Pilcha. Reżyseria: Piotr Cieplak, scenografia: Andrzej Witkowski. Grają aktorzy Teatru
Narodowego w Warszawie: Janusz Gajos, Władysław Kowalski, Jarosław Gajewski, Jerzy
Radzwiłowicz, Beata Fudalej, Grzegorz Małecki, Krzysztof Stelmaszyk.
Henryka Wach-Malicka
Dziennik Zachodni
5 marca 2005 |