Rozmowy

________________________________________________________________

Stanisław Radwan

Rozmowa ze Stanisławem Radwanem

 

              Kompozytor. Urodził się w 1939 roku w Krakowie. Absolwent krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej. W latach 1980-1990 pełnił funkcję dyrektora artystycznego Starego Teatru. Pracował m.in. z Konradem Swinarskim, Jerzym Grzegorzewskim, Andrzejem Wajdą, Jerzym Jarockim i Krystianem Lupą.

Beata Matkowska-Święs: Powiedział pan kiedyś: "Wszyscy mamy skłonność do latania. Ikar przeżył coś, co może było warte tego upadku". Ikar jest dla pana postacią istotną?


Stanisław Radwan: - To jedna z wielkich figur, którym zazdroszczę odwagi. Bliskie mi jest przekraczanie własnych możliwości. Wiem, gdzie się kończą, więc nie jest to bardzo trudne. Za to bardzo fascynujące. Tak więc Ikar jest dla mnie nie tyle wzorem, co figurą, którą bardzo lubię.
Widziałam pana zdjęcie w indiańskim pióropuszu na głowie i pomyślałam, że jest w panu chłopiec, który marzy - być może - właśnie o lataniu.


- Podoba mi się to zestawienie Ikara z pióropuszem. Ale muszę wszystkie kwiaty oddać pani Annie Włoch, która wymyśliła to zdjęcie. A w tym pióropuszu rzeczywiście odnalazłem romantykę dzieciństwa.
To pokusa przekraczania możliwości pomogła panu kierować Starym Teatrem w niełatwych latach osiemdziesiątych?


- W dużym stopniu tak. Przyjąłem zasadę: im mniej rządzenia, tym lepiej dla teatru. To się oczywiście nie zawsze udaje, ale myślę, że powstało kilka spektakli, które miały zasadnicze znaczenie zarówno dla sztuki, jak i teatru. Czasem jednak ubolewałem, że niektóre realizacje były aż nadmiernie polityczne. Aluzja stawała się celem. Ale tak trzeba było, choć uważałem, że niekiedy uczestniczymy w tych zapasach w sposób sztuce dosyć obcy.
Teatr miał sporo kłopotów z cenzurą. Do dziś krążą legendy o pana walce o "Termopile polskie".


- Wprowadzając sto szesnaście zapisów cenzura uniemożliwiła wystawienie tego spektaklu. Polityka odebrała nam głos, więc musiałem podjąć walkę. Zdecydowałem, że teatr nie zagra tego spektaklu, a na afiszu zamiast obsady pojawi się informacja o ingerencji cenzury wraz z podstawą prawną. Sekretarz komitetu wojewódzkiego partii oraz minister kultury przekonywali mnie, abym tego nie robił, grozili. Ale bezskutecznie. Byłem taki odważny, bo miałem zespół za sobą. Zrobiła się afera, z Warszawy specjalnym samolotem przyleciała delegacja z wicepremierem Gertychem, ministrem kultury, szefem Wydziału Kultury Komitetu Centralnego PZPR
- w sumie ze trzydzieści osób. Obejrzeli próbę generalną i w końcu główny cenzor z Warszawy zdecydował, że trzeba dokonać tylko czterech skreśleń. Na to mogłem się zgodzić, i spektakl poszedł.
Radził pan sobie nie tylko z cenzurą, ale i z wielkimi indywidualnościami teatru. A to niełatwe. W latach dziewięćdziesiątych zespół rozsypał się i wciąż nie może wrócić do dawnej świetności.


- W zespołach wielkich indywidualności nie wolno tuszować konfliktów. Trzeba jednak pilnować, by starcia dotyczyły sztuki, a nie osób. Chowanie nieporozumień pod korzec zawsze prowadzi do unicestwienia zespołu. Taki garb urósł po śmierci Konrada Swinarskiego, który zginął tuż przed ukończeniem "Hamleta". Radziwiłowicz, Trela i pozostali artyści uznali, że kontynuowanie pracy byłoby nieuczciwe wobec nowego reżysera i nielojalne w stosunku do Swinarskiego. Trzeba było więc znaleźć odpowiedni klucz. Zaproponowałem, aby zamiast "Hamleta" zrobić "Studium o Hamlecie" Wyspiańskiego. I tak Andrzej Wajda zrealizował spektakl na Wawelu. W czerwcu 1981 roku scena marszu wojsk duńskich na Polskę wywoływała niesamowite wrażenie. Ten pochód prawie dwustu statystów był jak tragiczna przepowiednia, która zmaterializowała się pół roku później.
Za pana czasów objawił się w Starym Teatrze Krystian Lupa.


Nie czuję w tym cienia mojej zasługi. Choć przyznaję, że na początku Krystian był dla swoich kolegów reżyserów enigmą. Pojawiały się nawet głosy, że jest nieporozumieniem i powinienem coś z nim zrobić. Protestowały też związki zawodowe, oburzone, że próby trwają miesiącami. Jednak nie pozwoliłem nigdy przerwać mu pracy. Wielu nie rozumiało, że Krystian musi być aż tak konsekwentny i aż tak samotny. Krystian od czubków palców u nóg do koniuszków nastroszonych włosów jest cały biologią teatru. I to było dla mnie jasne od początku.
Komponował pan muzykę do spektakli wielkich

reżyserów. Grzegorzewski powiedział kiedyś: "Bywa tak, że Staszek przynosi partyturę, a ja instrumentuję".


- Rzeczywiście, Grzegorzewski pod wpływem mojej muzyki potrafi w dużym stopniu zmienić konstrukcję gotowych scen. I to jest ogromna satysfakcja. Z wielkimi reżyserami o wiele łatwiej się pracuje niż ze średnimi czy słabymi. Pracując z wybitnym twórcą wchodzi się w koleiny jego myślenia i to jest fantastyczne. Ale czasem jestem przekonany, że rozumiem, w czym rzecz, a trafiam kulą w płot. Co nie musi znaczyć, że to, co przyniosłem, jest pozbawione siły. Czasem też ukryte różnice ujawniają się dopiero w czasie prób generalnych. Tak było przy spektaklu Swinarskiego - "Wszystko dobre, co się dobrze kończy". O pierwszej w nocy na trzeciej generalnej zrozumieliśmy - choć wcześniej było dobrze - że to kompletnie nie to. Poszedłem pisać i po dwóch godzinach muzyka była gotowa. W tym czasie Swinarski podprowadzał sceny do tego, co przeczuwał, że pojawi się w muzyce. I Rzeczywiście wszystko się zgodziło. Więc jeśli reżyser naprawdę wie, co chce osiągnąć, to nie wolno kompozytorowi przywiązywać się do swoich rozwiązań tylko dlatego, że muzyka sama w sobie ma sens.
To jest możliwe tylko przy pełnym zaufaniu. Zdarzało się panu wycofać ze spektaklu napisaną już muzykę?


- Bardzo rzadko. Zdarzają się momenty, że nie trafiam. Tak się stało w czasie pracy z moim przyjacielem Jerzym Grzegorzewskim. Bywa też i tak, że nie zgadzam się z reżyserem tak dalece, że nie mogę brać w tym udziału. Tak się stało, gdy pracowałem kiedyś z Jerzym Jarockim. Ale nigdy takich sytuacji nie traktowałem jak katastrofy. Byłoby gorzej, gdybym poszedł na zgniły kompromis.
W 1999 roku skomponował pan muzykę, wydaną na płycie "Herbert - przesłanie ", gdzie m.in. wspólnie grają jazzman Marek Janicki i skrzypek Konstanty Kulka. Jak udało się stworzyć taki zespół?


- Żywioł jest wspólny. Muzyka jest metajęzykiem i nie potrzeba tłumacza do jazzu i do tak zwanej

klasyki. Kiedyś, będąc w Krakowie, Yehudi Menuhin idąc Floriańską usłyszał cygańskiego skrzypka. Bez zastanowienia wyciągnął skrzypce.
Cygan grał tak dobrze, że sprowokował Menuhina do wspólnego muzykowania. Po prostu Menuhin usłyszał Muzykę.
W młodości marzył pan o karierze pianisty, ale pana żywiołem stała jest kompozycja. Skąd ta zmiana?

- Zawsze byłem maksymalistą i gdy usłyszałem, jak gra Arturo Benedetti Michelangeli, zrozumiałem, że nie będę grał lepiej niż on. Więc jeżeli nie lepiej, to po co? A do tego, ilekroć bywałem w domu mojego profesora Ludwika Stefańskiego, zawsze widziałem panią Halinę Czerny-Stefańską przy fortepianie. W pewnym momencie przeraziłem się, że takie będzie moje całe życie. A mnie bardziej interesowała muzyka niż sprawność palców. Lubiłem żyć, zajmować się poezją, teatrem. No i spotkałem Krzysztofa Pendereckiego, który po otrzymaniu samodzielnej klasy kompozycji zaproponował mi, abym to ja był jego klasą. To wspaniały pedagog, który nie prowadził lekcji w potocznym rozumieniu. To raczej była relacja mistrz
-uczeń.
Jest pan kompozytorem teatralnym. To też zasługa Krzysztofa Pendereckiego?


- To seria przypadków. W szkole średniej historii muzyki uczyła pani Maria Modrakowska, osoba niezwykła, wielka śpiewaczka, dla której komponował Debussy. Przyjaźnił się z nią Igor Strawiński. Do dziś pamiętam dreszcz, który czułem, czytając jeden z jego listów. Pani Modrakowska uczyła później w szkole teatralnej, która mieściła się na trzecim piętrze w budynku przy Starowiślnej, niższe piętra zaś zajmowała szkoła muzyczna. I kiedyś, pędząc na zajęcia, spotkałem moją nauczycielkę. Przygotowywała dyplom muzyczny, a ponieważ miała chorą rękę, zapytała, czy nie pomógłbym jej. Zgodziłem się bez wahania i tak pomagałem aż do dyplomu. Na egzaminie dyrektor Teatru Rozmaitości - pani Halina Gryglaszewska zaproponowała mi, choć byłem jeszcze studentem, objęcie stanowiska kierownika muzycznego. I tak przypadki związały mnie z teatrem.
Przypadek też związał pana z Piwnicą pod Baranami?


- Nie. Zacząłem tam chodzić bardzo wcześnie i jeszcze przed wyjazdem na stypendium do Paryża zrobiłem program "Psalmy Dawida" dla Piwnicy, który po marcu 1968 roku zdjęła cenzura. Miałem wtedy pokusę, by zostać w Paryżu. Nic z tego jednak nie wyszło, bo choć wyobrażałem sobie życie bez Polski, to nie potrafiłem zostawić na zawsze Krakowa. Bo poczucia wolności, jakie dawała Piwnica, nie można z niczym porównać.
Paryż był mniej fascynujący niż Kraków z Piwnicą?


- Ależ oczywiście! Nie ma porównania. Paryż to były fantastyczne gesty, zabawy dzieci, a tutaj szło o życie. Ale to, co robiliśmy w Piwnicy, nie wynikało z buntu, tylko ze świadomości naszej wolności. W 1966 roku Kościół obchodził milenium Polski, a Gomułka tysiąclecie państwowości. Za episkopatem organizującym obchody w kolejnych miastach wojewódzkich podążała rządowa ekipa, by równolegle urządzać akademie. W końcu wszyscy zjechali do Krakowa. Piotr Skrzynecki, przechodząc przez plac Wszystkich Świętych, zauważył na budynku rady narodowej olbrzymi transparent "Socjalizm - jedyna droga do przyszłości", stykający się z napisem wywieszonym na kościele Franciszkanów "Chryste ratuj!". Tego wieczora przed spektaklem Piotr, nie mówiąc, co zobaczył, kazał wszystkim pójść na plac Wszystkich Świętych. Przyjechała milicja. A rano już transparentu nie było.
Pisywał pan muzykę dla Piwnicy, komponuje pan dla teatru i - niezwykle rzadko - dla filmu. Nie lubi pan pracy przy filmie?


- Akira Kurosawa już na etapie pisania scenariusza współpracował z kompozytorem. Dlatego w jego filmach bywały genialne sceny, jak choćby ta, kiedy pojawia się muzyka, a kamera powoli wędruje po czworoboku oświetlonego promieniami słońca, zgufrowanego dachu japońskiego domu. Powstaje wrażenie, że nasłonecznione i zacienione dachówki zaczynają poruszać się i przeistaczają się w żywy organizm. Niewyobrażalna symfonia graficzno-muzyczna! Wtedy pojawia się szeroki plan i w dole, na dziedzińcu, widać nieruchomego samuraja tuż przed seppuku. Czas jest zawieszony. Bez muzyki nie udałoby się stworzyć tego niesamowitego napięcia. Tak właśnie może i powinna funkcjonować muzyka w filmie. Raz w życiu miałem taką szansę, w "Weselu" ekranizowanym przez Andrzeja Wajdę. Przed rozpoczęciem zdjęć musiałem wiedzieć, jak chcę zbudować całą strukturę muzyczną. Muzyka wyprzedzała rytm kręcenia filmu. To bardzo mi odpowiadało; zwykle muzykę pisze się wówczas, gdy wszystkie sceny są już nakręcone. Wówczas trzeba się wcisnąć z muzyką. Reżyserzy wymagają raczej, że tak powiem, udźwiękowienia niż muzyki, będącej elementem konstrukcyjnym filmu. Poza tym jednym wyjątkiem, "Weselem". W polskim filmie nie czuję się więc najlepiej.
Nie korci pana reżyserowanie? Jacek Ostaszewski przygotowuje w Warszawie "Lokatora" Rolanda Topora.


- Byłem kuszony przez Gustawa Holoubka, Zygmunta Hübnera, ale nigdy nie dałem się na to nabrać. Jestem gotów do przekraczania granic, ale reżyser, konstruując całość, musi mieć absolutną pewność przy eliminowaniu wszystkich zbędnych elementów, które ja z boku mogę traktować, jak mi się chce. Nie potrafię być okrutny wobec ludzi, a reżyser, który nie umie być takim wobec aktorów, niech skończy z tym zawodem, nim go zacznie. Czasem, choć to może brzmi przewrotnie, dla dobra artysty potrzebne jest okrucieństwo. Reżyser jest bardzo podobny do rzeźbiarza, lecz jego tworzywem nie jest glina, tylko człowiek. I albo ktoś wytrzyma tę odpowiedzialność, albo nie powinien się za to zabierać. Obserwowałem tych wielkich i wiem, jak się skręcają pod brzemieniem odpowiedzialności, gdy prowadzą aktora w rejony, za które odpowiada już tylko reżyser. Ile trzeba mieć siły, by czasem ryzykować kondycję psychiczną - nie swoją, lecz partnera. A we mnie istnieje poczucie odpowiedzialności za ludzi, z którymi pracuję.
Nie da się pan nabrać na reżyserię dlatego, że istotniejszy niż własny jest dla pana los innego człowieka?
- To bardzo intymne pytanie. Zawsze się boję, czy tym, co robię, nie zabieram komuś niepotrzebnie czasu, energii. Nie bardzo potrafię przekonywać innych do swoich racji. Gdy ktoś kwestionuje mój pierwszy projekt, zwykle wycofuję się, bo podejrzewam, że pewnie w mojej propozycji jest jakiś feler. Często przeszkadza mi to, że bardziej myślę o skutkach moich działań wobec innych niż o tak zwanej wierności wobec siebie. I jeśli mam jakieś pretensje do siebie, to właśnie o to. Także i z tej przyczyny nie nadaję się do bycia potworem. Taki jestem i wiem, że tego już nie zmienię. Nawet kilka razy próbowałem się pozbyć tej cechy, ale natychmiast pojawiał się kac. Tak jest. I trudno. I nie próbuję już z tym walczyć.

Rozmawiała Beata Matkowska-Święs
Gazeta w Krakowie

16 marca 2001

 

INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY

                                 Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS