Rozmowy
____________________________________________________

Magdalena Cielecka

Psychiczne harakiri

 

cielecka_m.jpg (15116 bytes)

FOT. ANDRZEJ WIKTOR

     Rz.: Iwona, księżniczka Burgunda, Ofelia, alter ego Sarah Kane w "4:48 Psychosis", Nastazja Filipowna - wszystkie te postaci grane przez panią popełniają samobójstwa lub są mordowane w afekcie. Zastanawiała się pani, dlaczego gra właśnie takie role?

Może wywołuję takie emocje, że wszyscy chcą mnie unicestwić, może reżyserzy widzą we mnie ofiarę? Śmieję się z tego i przypominam, że były pomysły, bym to wreszcie ja zabijała na scenie. Miałam grać Lady Makbet. Ale nic z tego nie wyszło. A mówiąc już całkiem serio, myślę, że po debiucie w "Ocalonych" kojarzę się z ostrym, tragicznym rysem postaci. Czasem męczy mnie to trochę, nudzi, ale nie mogę powiedzieć, że generalnie mi nie odpowiada. Lubiłabym zagrać kogoś, kto nie jest mordowany, nie umiera, ale jednak ciekawiej jest grać te umierające i cierpiące, takie role mają w teatrze większe znaczenie.

Rz.: A nie jest to problem dla pani psychiki, wrażliwości?

Kiedy rola jest zbudowana, grana kolejny raz - nie, siłą rzeczy tworzę system obronny, żeby każdego wieczoru nie kaleczyć się psychicznie. Inaczej bym zwariowała. Ale w trakcie przygotowań do spektaklu, w pracy nad trudną rolą, muszę w sobie stworzyć środowisko odpowiednie dla postaci. A że umieram prawie w każdym spektaklu, mam ambicję, żeby za każdym razem było trochę inaczej. Siłą rzeczy żyję wtedy także myślami o śmierci, choć nie mam przecież myśli samobójczych. Kiedy przygotowywałam się do "Psychosis", przeżywałam rodzaj traumy. Musiałam się na nią zdecydować albo zrezygnować z roli. To była część procesu, który pomaga poznać psychologiczne mechanizmy traumy. Może zburzę jakąś iluzję, ale ja łatwo wchodzę w rolę i wychodzę z niej. Nie potrzebuję koncentrować się i rozluźniać przez pół godziny w małym, ciemnym pokoju, a potem leżeć i rozładowywać napięcie. Na scenie zapominam o sobie. Chcę być jak najdalej od siebie prywatnej.

Rz.: Z dużą przyjemnością musiała pani przyjąć komediową rolę Pii w "Uroczystości". Nie tylko nie umiera pani na scenie, ale gra postać nieśmiałej, choć ambitnej okularnicy, która charakterystycznym gestem walczy ze zsuwającymi się ciągle z nosa okularami, ma iksy i chodzi z zabawnie wypiętą pupą.

To jest moja ulubiona rola, niemalże aktorskie sanatorium, bo rzadko miałam szansę zagrać postać drugoplanową. Ciągle czułam, że niosę ciężar całego spektaklu. Tymczasem w "Uroczystości" otrzymałam niewielki materiał literacki i epizodyczną rolę wymyśliłam sobie spokojnie, na boczku, nie czułam napięcia, miałam luz. Chciałam znaleźć inne środki wyrazu niż dotychczas - stąd pomysł z okularami. Miałam poczucie, że wyeksploatowałam swój aktorski atut - grę oczami. Ideałem byłoby grać role komediowe i tragiczne, taki płodozmian rozwija najbardziej. Ponieważ mam predyspozycje do ról serio, najwięcej uczę się w komedii, chociaż po "Zakochanych" znajomi ze środowiska, reżyserzy byli zbulwersowani. Wypominano mi, że miałam nigdy nie grać takich ról. A ja chciałam zmierzyć się z komedią, to było dla mnie nowe i trudne zadanie. Zrozumiałam, że nieważny jest grany gatunek, ale psychologiczna i emocjonalna prawda stworzonej roli.

Rz.: Inspiruje się pani lekturami czy kieruje aktorską intuicją?

W czasie pracy nad "Psychosis" Sarah Kane poznaliśmy dokładnie jej biografię, teksty, środowisko, w jakim żyła. W pewnym momencie poczułam, że to blokuje moją wyobraźnię, zaczynam ograniczać się do faktów, nie ma miejsca na kreację, teatr. I odrzuciłam całą zgromadzoną wiedzę. Choć nie ma na to reguł, częściej kieruję się intuicją, wyobraźnią.

Rz.: W tej bardzo mocnej i odważnej roli mogła się pani poczuć obnażona nie tylko psychicznie, ale i fizycznie, dosłownie, ostatnią scenę przed samobójstwem gra pani przecież półnaga.

Nie robiłam tego w teatrze pierwszy raz, no, może nie w ten sposób. Ale największe znaczenie ma dla mnie zawsze, dlaczego zgadzam się na takie środki wyrazu, w jakiej sprawie i z kim? Ufam tekstowi i reżyserowi Grzegorzowi Jarzynie. Wiem, że taka scena potrzebna jest w spektaklu. Inna sprawa, moja prywatna, ile mnie

to kosztowało. Najważniejsze, że wybór okazał się słuszny. Patrząc na publiczność widzę, że moja rola nie jest jej obojętna, niektórzy przeżywają wstrząs. Takie było właśnie nasze

cielecka_m2.jpg (18706 bytes)

FOT. ANDRZEJ WIKTOR

zamierzenie.

Rz.: Po tej scenie, co nie zdarza się praktycznie w teatrze, nie wychodzi pani do braw.

Brawa zburzyłyby dramaturgię spektaklu. Umarłam i koniec. Szczerze mówiąc w ogóle nie lubię wychodzić do braw, nie cierpię tego. Większość aktorów lubi. A dla mnie wychodzenie do widowni prywatnie to jest tak, jakbym powiedziała, że tak naprawdę wszystko było udawane, nieprawdziwe. Burzy się iluzję, którą budujemy przez całe przedstawienie.

Rz.: Ale brawa są chyba ważniejsze dla aktorów niż recenzje.

Słyszę po spektaklu, jak niektórzy koledzy cieszą się i mówią "i klaskali, i tupali", ale zdarzyło mi się grać spektakle, na których młodzież wygłupiała się, przeszkadzała, a potem wstawała i biła brawo, bo taka jest konwencja. Najważniejsze dla mnie recenzje słyszę, gdy ktoś mnie zaczepi na ulicy. Nigdy nie zapomnę, jak po "Ocalonych" szła przede mną para, która była na spektaklu, i kłóciła się o przedstawienie. Mówili straszne rzeczy o mojej postaci, a ja tylko nadstawiałam ucha, to była najżywsza, najgorętsza recenzja.

Rz.: "Rozmaitości", gdzie pani gra, nie mogą narzekać na brak pozytywnych publikacji, proszę powiedzieć, na czym polega wyjątkowość pracy w tym teatrze?

Nie chcę nikogo obrazić, ale mam poczucie, że w większości teatrów pracuje się nad zobrazowaniem jakiegoś stanu psychicznego, pokazaniem go. Aktorzy mają coś w rodzaju zestawu podróżnego do grania, otwierają kuferek i wybierają chwyt. I cokolwiek by grali, idą utartym schematem. My na próbach staramy się, może nie zawsze nam to wychodzi, wejść w stan psychiczny postaci, znaleźć go w sobie. Niemal na każdym przedstawieniu bywają reżyserzy, to pomaga odnaleźć się w roli. Może takie granie to psychiczne harakiri, może kiedyś będziemy ludzkimi wrakami, ale myślę, że tylko takie uprawianie teatru ma dzisiaj sens.

Rz.: Od początku grała pani główne role występując z aktorkami o większym stażu na scenie, bywało, że ze swoimi profesorkami, było to dla pani krępujące?

Nie, bo nie miałam nigdy wrażenia, że byłam kiedyś źle obsadzona. Nie miałam też poczucia, że obsadzono mnie tylko dlatego, że reżyser jest moim chłopakiem albo przyjacielem. Poczułam się nieswojo, kiedy skomentowano nieprzychylnie, że na jednym z teatralnych festiwali dostałam większą nagrodę niż moja pani profesor. Ale nie miałam przecież wpływu na decyzję jury, więc pozostała tylko satysfakcja. Ten zawód nie jest demokratyczny.

Rz.: Czy przeszkadza pani, że aktorzy występują w reklamach?

Grając trudną rolę nie chciałabym, żeby występowały ze mną osoby, które kojarzą się z proszkiem do prania. Nie chodzi o to, że to deprecjonuje mnie, ale całe przedstawienie.

Rz.: Czego teatr jeszcze pani nie dał?

Bardzo bym chciała zagrać tak, by nikt mnie nie poznał. Ani po geście, ani po barwie głosu. To bardzo kuszące wyzwanie. Chciałabym też zagrać dużą rolę szekspirowską, na przykład Oliwię w "Wieczorze Trzech Króli".

Rz.: A jak po latach spędzonych w Krakowie żyje się pani w Warszawie?

Kiedy przyjeżdżałam tu na plan Teatru Telewizji albo grać gościnnie, nienawidziłam tego miasta, bałam się go. Kraków był miłym ogródeczkiem. Chwaliłam sobie, że jak się przechodzi przez krakowski rynek, zawsze się kogoś spotka. Wciąż kocham Kraków, ale dziś męczyłoby mnie to. W Warszawie można się ukryć. Jest bardziej liberalna, także pod względem sztuki. W Krakowie pewnych rzeczy nie dałoby się zrobić albo trzeba byłoby je zrobić inaczej. A sztuka powinna być wolna.

W filmach "Pokuszenie" i "Jak narkotyk" Barbary Sass-Zdort pokazała intymne przeżycia zakochanej zakonnicy i kobiety, której biografia osnuta była na motywach życia poetki Haliny Poświatowskiej. Studiując w rolach teatralnych najbardziej ekstremalne stany emocjonalne ludzkiego ducha, zagrała w skandalizujących sztukach - "Ocalonych" i "Niezidentyfikowanych szczątkach ludzkich". Grała główne role w "Magnetyzmie serca", "Myszkinie", "Hamlecie", "Uroczystości". Pracuje z najlepszymi polskimi reżyserami młodego pokolenia - Grzegorzem Jarzyną i Krzysztofem Warlikowskim w warszawskim Teatrze Rozmaitości. Przed nią próby do "Burzy".

Rozmawiał Jacek Cieślak
Rzeczpospolita
27 września 2002

 

 

INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk