Rozmowy
____________________________________________________

Maciej Wojtyszko

Dyskretny urok wychuchola

 

       Chcę oswajać dzieci z zadziwiającym fenomenem istnienia. Wszystkie moje książki są o tym, że warto żyć i cieszyć się życiem

Mój kolega, 30-latek, ciągle podczytuje "Brombę". Dziwi to Pana?

- Nie, bo sam raz po raz wracam do wybranych lektur z dzieciństwa. Cieszy mnie więc, kiedy słyszę, że ktoś chce wracać do "Bromby". Zanim zdałem na reżyserię, przez dwa lata studiowałem filozofię. W tych opowiadaniach dałem wyraz mojemu zdziwieniu światem. A dziwiłem się paradoksami i ograniczeniami naszej rzeczywistości. Na przykład tym, że logika nie zawsze jest najlepszym narzędziem poznania. Że wielu zjawisk nie potrafimy dostrzec albo rozszyfrować.

Na przykład czasu, który dogonić umie tylko Pciuch?

- No właśnie. I że pewne zjawiska są nienazwane, a ich nazywanie może być wyrazem specyficznego myślenia o świecie. Do napisania "Bromby" ośmielił mnie swoimi "Bajkami z królestwa Lailonii" Leszek Kołakowski, którego wykładów miałem szczęście słuchać na studiach. Drugą inspirację stanowiły książki Stefana Themersona, które pod koniec lat 60. pojawiły się w księgarniach. Literatura dziecięca była wtedy w większości bardzo infantylna. Właśnie czytając Kołakowskiego i Themersona, przekonałem się, że z dziećmi można rozmawiać inaczej. Przecież one kochają surrealizm i absurd. To dorośli twierdzą, że nie można przejść przez ścianę. Dzieci mają bardziej elastyczną wyobraźnię, więcej odwagi i prawie żadnych ograniczeń w przekraczaniu barier realności. Starałem się pisać zrozumiałym dla dzieci językiem o tym, co niepokoi dorosłych, stawiać pytania, na które oni nie zawsze znajdują odpowiedź.

Sądziłem, że do napisania "Bromby" zainspirowały Pana "Muminki".

- Kiedy pracowałem nad "Brombą", nie znałem jeszcze "Muminków". Przeczytałem je dopiero po opublikowaniu "Bromby" i wpadłem w zakłopotanie. Zwłaszcza jeśli chodzi o rysunki Tove Jansson, które są utrzymane w podobnym stylu.

Imponuje mi Pańska inwencja językowa. Gluś, Gżdacz, Psztymucle, Fikander, Fumy intrygują już samym brzemieniem swoich imion. Skąd takie nazwy?

- W większości to moje prywatne wynalazki, ale także skutek inspiracji polszczyzną. Przyszłoby panu do głowy, że istnieje coś takiego jak wychuchol ukraiński oraz pirenejski? Wychuchole są odmianą ryjówek. Ostatnio pisał o tym w "Gazecie Wyborczej" Adam Wajrak. Język polski jest fantastycznym materiałem do gier dźwiękowych.

Skąd się wzięła postać Bromby?

- Urodziła się mimochodem. Narysowałem kiedyś taką postać i pomyślałem, że to taka... Bromba.

A inni bohaterowie mają pierwowzory w rzeczywistości? Na przykład reżyser Gluś, który opowiada filmy, zamiast je kręcić?

- Czasami ja się tak zachowuję. Zwierzątko Mojej Mamy oddaje relacje między mną a moją mamą. Fikander i Malwinka to ja i moja żona. Ich dzieci Meander i Filwinka mają swoje pierwowzory w naszych. Na dużą część "Bromby" złożyły się listy, które wysyłałem do żony studiującej w Poznaniu, podczas gdy ja byłem na studiach w łódzkiej Filmówce. Rozdziały o Fikandrze, Malwince, Brombie, Zwierzątku Mojej Mamy i Glusiu są owocem tej korespondencji. Natomiast ciocię Molestę Zgrzypik z "Tajemnicy szyfru Marabuta" wzorowałem na mojej babci.

Nasza Okolica z "Bromby" i Okolica Nad Strumieniem z "Sagi rodu Klaptunów" to warszawskie Międzylesie, w którym mieszka Pan z małymi przerwami od urodzenia?

- A dokładnie Kolonia Borków. To taka mało warszawska część Warszawy. Odznacza się osobliwą zabudową, domkami-norkami nad kanałkiem bez nazwy. W książce opisuję go jako rzekę, bo z perspektywy bohaterów "Bromby" tak właśnie wygląda. Nasza okolica ma swój klimat. Wszyscy się znają, lubią i nie mają do siebie pretensji o swoją odmienność. To specyficzne miejsce z lokalnymi sławami i legendami.

Czy domowe realia też Pan utrwalił w książkach?

- Trochę tak, choć trudno mi o tym mówić, bo sam już nie pamiętam, co należy do "realiów", a co jest kreacją wynikającą z inspiracji nimi. W naszym domu istnieje rodzaj rodzinnej gry w twórczość. Żartujemy ponad słowami i bawimy się konwencjami. Obserwatora z zewnątrz mogłoby zaszokować, że moja 80-letnia mama rozmawia z wnukami, używając np. brzydkich słów. Co prawda nie wiem, czy znalazłaby się choć jedna osoba, która to słyszała. Choć dzieci twierdzą, że tak.

Mój ulubiony czarny charakter Kameleon Super z "Tajemnicy szyfru Marabuta" przegrywa i ginie, bo potrafi tylko naśladować. Chce Pan przez to powiedzieć, że najcenniejsza jest twórczość i oryginalność?

- Twórczość jest wartością, postawa twórcza jest postawą szlachetną. Głęboko wierzę, że ludzie powinni być twórczy nawet w najdrobniejszych sprawach.

I dociekliwi jak spotykający największych filozofów papierowy stwór z komiksu "K-mix, czyli najważniejsze zdania świata" według Pańskiego scenariusza?

- To była próba intelektualnej gry z czytelnikiem,

któremu podsunęliśmy tu filozofię ożenioną z dziedziną niesłusznie uważaną za jarmarczną i bezwartościową. Komiks to sztuka obrazkowa silnie oddziałująca na wyobraźnię, dobry sojusznik w prezentowaniu myśli Kanta czy Nietzschego.

14-letni Marek Torlewski z Pańskiej powieści "Synteza" obudzony w połowie XXI wieku po kilkudziesięciu latach hibernacji przezwycięża śmierć i pokonuje zbrodniarza, który chciał zapanować nad światem. Literatura dla dzieci rzadko podejmuje takie tematy.

- "Synteza" to powieść polityczna o tym, że człowiek powinien mieć wolność wyboru. Nie zamierzałem poruszać tematów granicznych i oswajać dzieci z grozą świata. Ja chcę je oswajać z zadziwiającym fenomenem istnienia. Myślę, że wszystkie moje książki i sztuki dla dzieci są o tym, że warto żyć i cieszyć się życiem.

Miał Pan w czasach PRL kłopoty z cenzurą?

- I to całkiem sporo. Na przykład kiedy na początku lat 80. realizowaliśmy w warszawskim Studiu Miniatur Filmowych film rysunkowy według "Tajemnicy szyfru Marabuta", zakwestionowano ubiór Starego Wróbla, który występował w mundurze wojskowym. Cenzor uznał, że to się kojarzy z Ludowym Wojskiem Polskim. Niesłychana afera była z "Różą" Żeromskiego, którą reżyserowałem w '82 w stołecznym Teatrze Dramatycznym. Cenzor domagał się m.in. wyrzucenia okrzyku "Niech żyje Polska niepodległa!". Przedstawiciele Biura Politycznego, którzy przyszli na próbę generalną będącą - jak się potem okazało - ostatnią prezentacją spektaklu, nie dopuścili do premiery.

Przeszło natomiast "Bambuko, czyli skandal w krainie gier", sztuka dla dzieci wyśmiewająca władzę, która gra w szachy według własnego widzimisię.

- To prawda. W 1984 roku "Bambuko" wystawił warszawski Teatr Powszechny i to jakoś umknęło cenzorom.

Pana ojciec był wysoko postawionym oficerem AK. Czy miał Pan problemy z tego powodu?

- Nie. Natomiast ciążyła na mnie większa odpowiedzialność. Pamięć o ojcu zamordowanym w 1949 roku przez UB zobowiązywała. Patrzyło na mnie całe Międzylesie, musiałem być przykładnym uczniem. Nie mogłem pozwolić sobie na wagary czy "czyny niegodne syna Wacława Wojtyszki", o którego honorze i odwadze do dziś się opowiada. Dopiero dziesięć lat temu na strychu rodzinnego domu znaleźliśmy archiwum AK ukryte tam w czasie wojny przez ojca. Gdyby te dokumenty wpadły w ręce UB, wielu ludzi poszłoby do więzienia.

W marcu '68 studiował Pan w łódzkiej Filmówce. Jak tamte wydarzenia wpłynęły na Pana?

- "Marcowe migdały" zostawiły ślad w szkole - zwolniono kilku profesorów. Moje pokolenie się rozproszyło, powyjeżdżało, o czym pięknie opowiedział Radek Piwowarski w swoim filmie. Ci, którzy zostali, przeszli trudną drogę. Trzeba było sobie znaleźć szczelinę, żeby wcisnąć nogę między drzwi systemu. Dla mnie była nią literatura dziecięca.

Bohaterami Pańskich sztuk dla dorosłych są Diderot, Petrarka, Boccaccio, Wyspiański, Rossini, Wagner, Bułhakow. Dlaczego pisze Pan o artystach?

- Ciekawią mnie ludzie wielkiego formatu, postaci, które są znakami. Słyszymy: "Diderot", i myślimy: "Kubuś Fatalista", oświecenie, pewien rodzaj sceptycyzmu, encyklopedyzm. I ten myśliciel odwiedza carycę Katarzynę II. Zderzenie tak różnych osobowości musiało być czymś niezwykłym. Podobnie spotkanie Rossiniego i Wagnera, bezpośrednia konfrontacja dwóch geniuszy prezentujących skrajnie różne poglądy na muzykę, z których jeden opluwał drugiego przez 15 lat. Moja sztuka "Chryje z Polską" o spotkaniu Wyspiańskiego z Piłsudskim to nie tylko rzecz o Polsce, ale i o tym, jak niedaleko od ambicji artystycznych do terroryzmu.

Ma Pan w dorobku serial według "Mistrza i Małgorzaty", inscenizacje dramatów Bułhakowa oraz poświęconą mu sztukę swojego autorstwa. Co Pana fascynuje w tym pisarzu?

- Jego siła. W najmarniejszym czasie dał niezwykłe świadectwo odwagi, silnej indywidualności, wiary. "Mistrz i Małgorzata" jest także wielką książką religijną. O tym, że wartości istnieją i nikt nie jest w stanie ich zniszczyć.

Dlaczego, nie licząc rozwinięcia przygód "Bromby i innych", od lat nie napisał Pan książki dla dzieci?

- Piszę sztuki teatralne, reżyseruję w teatrze i telewizji. Do tego dochodzą jeszcze obowiązki wykładowcy Akademii Teatralnej. Po prostu brak mi czasu. Trochę udaje mi się go wykroić w wakacje albo święta.

To już nic dla dzieci Pan nie napisze?

- Będzie kolejna "Bromba". Z wydawnictwa Santorski otrzymałem propozycję napisania przewodnika po filozofii z Brombą w roli głównej. Bohaterka będzie poruszać problemy filozoficzne w sposób zrozumiały dla 12-latków. Książka powinna się ukazać jeszcze w tym roku.

A może już czas na powieść dla dorosłych?

- Nie mam pomysłu, nie jestem epikiem. Wolę pisać dla teatru. Natomiast mam projekt farsy o naszej rzeczywistości. Historia nosi tytuł "Najmilsze stworzonka" i będzie rozgrywała się w redakcji pisemka dla dzieci. Przyznam, że zainspirowała mnie do tego m.in. afera Rywina.

Cezary Polak
Gazeta Wyborcza
17 stycznia 2004


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk