"Śmierć w Wenecji", premiera Teatru
Pantomimy mogła się udać - gdyby tylko reżyser Bogdan Koca nie mówił, albo chociaż
mówił niewiele
Radomir Piorun i Katarzyna Sobiszewska jako Arlekin i Colombina w 'Śmierci w Wenecji'
W prologu mężczyzna siedzi w ciemności tyłem do widowni, z twarzą odbijającą się w
trzymanym przed sobą lustrze, po czym podnosi się i odchodzi, a krzesło się rozsypuje.
To antycypacja rozpadu, śmierci, które będą towarzyszyć umierającemu artyście.
Bohater spektaklu Kocy jak w złym śnie wędruje po Wenecji, naznaczonej epidemią
cholery. Wędruje śladami urodziwego chłopca Tadzia, swojego alter ego z młodości.
Niełatwo było zmierzyć się z opowiadaniem Tomasza Manna, które przecież nie jest
linearną opowieścią, a impresją o roli artysty i sztuki, o fascynacji pięknem, o
przemijaniu. W pantomimie zderzenie tekstu z teatrem ruchu to zawsze eksperyment - tym
razem, niestety, nieudany.
Gdyby Bogdan Koca tylko siedział na krześle w restauracji nad brzegiem Lido i
przyglądał się w milczeniu wydarzeniom na scenie... To, że przez ćwierć wieku grał
po angielsku na scenach w Australii, zaważyło na jego mówieniu w teatrze po polsku.
Słuchanie tekstu w jego wykonaniu drażni. Finałowy monolog głównego bohatera, pisarza
Gustava Aschenbacha, o pięknie i miłości skierowany do Tadzia (w oryginale do
platońskiego Fajdrosa), brzmi okropnie pretensjonalnie, choć przecież - proszę
zajrzeć do Manna! - wcale taki nie jest.
Spektaklowi szkodzą puste, nic nieznaczące obrazy, brak rytmu.
Choć zdarzają się też sceny bardzo udane, na których - gdyby tylko udało się je
powiązać w sensowną całość - można było zbudować opowieść. Teatralną Wenecję
zapełniają cudacy, trochę jak z commedii dell'arte, trochę jak z karnawału.
Najniezwyklejszym cudakiem, najgroźniejszym i najobrzydliwszym, jest koncertowo zagrany
przez Aleksandra Sobiszewskiego sutener-komediant z teatru kukiełkowego.
W tym niepotrzebnie przegadanym spektaklu najfajniej wypadają sceny z prostymi dialogami
zapożyczonymi wprost z opowiadania, w wykonaniu mimów. Doskonały w roli pijanego
hotelowego cyrulika był Mariusz Sikorski, który potwierdził swój talent ruchowy i
objawił talent aktora dramatycznego. Świetnie wymyślona i brawurowo wykonana została
postać zarazka o czterech rękach, nogach i dwóch głowach (Lucyna Piwowarska-Dmytrów i
Monika Rostecka). To samo dotyczy sceny z bezwładnym trupem dziewczyny (Magdalena Kielar)
wynoszonym ze sceny czy wejść zakochanej pary Arlekina i Kolombiny (Radomir Piorun i
Katarzyna Sobiszewska). Żal wielki, że Koca zaprosił do udziału w spektaklu wielkiego
Jerzego Kozłowskiego - i zupełnie z tego atutu nie skorzystał.
Efekt tych kilku zaledwie bardzo dobrych, oryginalnych scen wzmacniały świetne kostiumy
Elżbiety Terlikowskiej.
Mam marzenie, by Koca wrócił po wakacjach do tego spektaklu i by powstała czysta
pantomima. Reżyser - nawet jeżeli zostanie na scenie - to, jak Kantor, niech ewentualnie
tylko mruczy i coś pokrzykuje.
"Śmierć w Wenecji" na podstawie opowiadania Tomasza Manna; reżyseria,
scenariusz, scenografia, muzyka - Bogdan Koca, kostiumy - Elżbieta Terlikowska,
współpraca scenograficzna - Leszek Frydryszak. Premiera Wrocławskiego Teatru Pantomimy
20 czerwca na Dużej Scenie Teatru Polskiego
Magda Podsiadły
Gazeta Wyborcza Wrocław
25 czerwca 2007 |