Dorothea Kuehl-Martini, niemiecka autorka, z
wykształcenia teolog, pozwoliła sobie na fikcyjną ekstrawagancję, zaprzyjaźniając
Marilyn Monroe z papieżem Janem XXIII. Odważnie na owe spotkanie zezwoliła Krystyna
Janda w kierowanym przez siebie teatrze Polonia. Teraz spektakl "Marilyn i papież.
Listy między niebem a piekłem" trafił do Teatru Rozrywki.
Chorzowska
scena brała udział w koprodukcji spektaklu. Do ostatniej chwili przed premierą
wydawało się, że w pustym, białym, kameralnym rogu sceny, w którym zamieszka najsłynniejsza
blondynka świata, zdarzy się coś wyjątkowego. Trudno jednak dociec, co było
ostateczną przyczyną niepowodzenia spektaklu: brak reżyserskiej ręki Marty
Ogrodzińskiej, prowadzącej aktorkę, czy też sama aktorka, która zdominowała monodram
monotonią? Jeżeli zamierzeniem Ewy Kasprzyk była Marilyn budowana na kontraście
między kruchą, skrzywdzoną kobietą a jej wykreowanym, idealnym wizerunkiem (wręcz
popkulturowym monstrum), żadne z tych subtelności nie znalazło miejsca na scenie. Nawet
jeśli momentami zderzenie dwóch ikon - pożądanej kobiecości i religijności w osobie
papieża - było zabawne, nie sprowokowało zamierzonych wzruszeń. Kasprzyk nie zróżnicowała
mikroopowiastek, z których składa się jej jednoosobowy, a jednak wyrafinowany dialog z
Janem XXIII. Z taką samą intensywnością opowiada o rzeczach najtragiczniejszych, jak i
o błahostkach, a jej samobójcza droga jest prosta i bez napięć. To, co w pomyśle
Kuehl-Martini było intrygujące, na scenie stało się jałowe. Czy teatralna Marilyn
Monroe, rozważająca własną świętość, została rozgrzeszona? Czy była grzeczna i
poszła do nieba? A może niegrzecznie zadecydowała sama? Nie znalazłam na to
odpowiedzi.
Aleksandra Czapla
Gazeta Wyborcza Katowice
6 czerwca 2006 |